• Wpisów:503
  • Średnio co: 7 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 13:52
  • Licznik odwiedzin:20 744 / 3563 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Od sześciu dni każdy dzień to ból. Ból, który nie nie tyle przysparza cierpienia co denerwuje. Nazwijmy go złym uczuciem.

Spać nie można, bo ciągle czujesz stan odrętwienia. Drętwieją ci nogi, ręce ... wszystko. Czujesz jakby non stop ktoś siedział ci na plecach, wgniatając wszystkie wnętrzności do środka. Ciężko oddychać.

Dzisiaj przyjdzie fizjoterapeuta i zobaczy czy to tylko wypadł dysk czy też jest gorzej.Na wizytę pożyczyłam. Tak. Nadal spłacam brutala.

Jestem w kompletnej dupie.


No! To sobie ponarzekałam i od razu mi lepiej.
  • awatar barbarella: Co tam u Ciebie?
  • awatar niewierna_ja: Moje Ty biedactwo! A leżenie w wannie pełnej gorącej wody może by pomogło chociaż trochę? Odciążyło kręgosłup, zniwelowało na chwilę ból?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Przewróciłam motocykl. Nic nadzwyczajnego. Zdarza się. Źle się zgięłam, w krzyżu łupnęło i uniosłam się zgięta. Przez 10 minut, kiedy to mimo wszystko próbowałam podnieść brutala, minęło mnie trzech mężczyzn. Żaden nawet nie spytał czy pomóc. Pomogły dwie babcie, na oko 70latki, które przechodziły obok mnie z wnukami. We trzy dałyśmy radę. I jak tu nie wierzyć w solidarność jajników? A babciom dziękuję. Są wielkie!


A ja? Zaczynam długi/krótki weekend na prochach przeciwbólowych. I tak przez prawdopodobnie przez tydzień.
  • awatar słodko-słona: no nie! żaden nie pomógł? nosz kurna to co Ty za facetów spotkałaś na swej drodze! dla babć propsy :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Nigdy nie podejrzewałabym się, że takie myśli czy też słowa mogą paść z mojej strony, ale ... jestem zazdrosna o motocykl.
  • awatar muffin gotuje: @niewierna_ja: to już uzależnienie. gdziekolwiek się pójdzie, czy ze znajomymi czy z bliską osobą, zawsze w pewnym momencie widać jak któreś przegląda coś na telefonie. kicha :( :*
  • awatar niewierna_ja: ja o Jego smartfona. :(
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Czasami człowieka, szczególnie płeć piękną, nachodzi nieodparta ochota na coś. Zazwyczaj słodycze. W tym momencie przeważnie zadowalamy się kawałkiem czekolady zabunkrowanym gdzieś głęboko w szafce kuchennej czy też cukierkiem, którym zostaliśmy poczęstowani, a którego o dziwo nie zjedliśmy od razu.
Ale co w przypadku, gdy nie zadowoli nas ani jedno ani drugie? Co gdy chcemy coś lekkiego i nie mamy ochoty piec żadnych ciasteczek lub ciast?
Otóż zabieramy swój szanowny tyłek do najbliższego sklepu i kupujemy parę produktów. Mianowicie ...

* duży kubek jogurtu greckiego
* duży kubek śmietanki kremówki
* owsiane ciastka z czekoladą
* trochę orzeszków ziemnych, mniej więcej pół szklanki
* cytrynę, z której potrzebna nam będzie jedynie skórka
*żelatynę
* cukier


Dwie łyżki żelatyny rozpuszczamy w 1/2 szklanki gorącej wody i odstawiamy do przestygnięcia.
W tym czasie miksujemy dosyć drobno ciastka i orzeszki. Owoce, w moim przypadku były to banany, kroimy w plasterki.
Śmietankę ubijamy z dwiema łyżeczkami cukru na sztywno. Jogurt, który powinien być w temperaturze pokojowej, łyżka po łyżce dodajemy do żelatyny i dokładnie mieszamy. Następnie całość mieszamy ze śmietanką i skórką z jednej cytryny.
Na dno szklanki kładziemy łyżkę zmiksowanych ciastek, następnie owoce i masę jogurtową. czynność powtarzamy. Wstawiamy do lodówki na pół godziny by masa się ścięła.



Smacznego!
 

 
Awansowałam poziomo. Czyli zajmując to samo stanowisko, objęłam dodatkowo obowiązki sprawowania nad tym burdelem od czasu do czasu.

A wszystko stało się pewnego dnia, gdy to koleżanka obwieściła, że jest w ciąży. Jako, że wykryto u niej anemię poszła na zwolnienie i pomimo tego, że chce wrócić jej obecność stoi pod znakiem zapytania.
Tymczasem tuż przed Dniem Dziecka, nastąpił armagedon. Dwie osoby poszły na zwolnienie lekarskie a magazynier odszedł.
Żartem miesiąca stała się wzmianka o L4.
I tak zostało 5 osób z 10. Wczoraj wieczorem zostałam z koleżanką, która zajmuje się tylko i wyłącznie obsługą klienta. Byłam pełniącą obowiązki kierownika i kasjerem w jednym.

Odmówiłam zostania zastępcą. Może i głupia decyzja, ale znam tą firmę. Pracuję w niej z przerwami 3,5 roku. Tu nic się nie zmieni. A na pewno nie dostanę podwyżki.

Szukam pracy.
  • awatar niewierna_ja: @muffin gotuje: jakbym o swojej pracy czytała.
  • awatar muffin gotuje: Ehhh... nie ma co narzekać, tylko wziąć się za szukanie :(
  • awatar muffin gotuje: Kierowniczka od regionalnego usłyszała, ze nie powinna puszczać ludzi na zwolnienia. To jakaś kpina. Nie dziwię się już, że tyle ludzi odchodzi z tej firmy. Mają kasę na wszystko tylko nie na podwyżki dla pracowników. Sorry ale biedrze więcej się zarabia niż tutaj :/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Ale żeby nie było, ze chłop zły. Bo tak naprawdę jest cudowny. A co robi cudowny chłop. Bierze kobietę na rajd motocyklowy.

Tylko żeby dojechać na miejsce kobieta jedzie na swoim brutalu 100km w deszczu. I moknie. Chociaż moknie to mało powiedziane. wszystko na sobie miałam mokre. Gdziekolwiek potem stawałam, z butów wylewała mi się woda. Rękawiczki wyżymałam. Podobnie a resztą resztę rzeczy ściągniętych z siebie.Ale bawiłam się świetnie ... pomimo mokrego ubrania








Mój pierwszy puchar i wygrana Za mokry tyłek
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Szczyt absurdu. Wprowadził mi celibat, tłumacząc, że to dla mojego dobra. Że niby to ma mnie zmotywować.

A do czego? Mam wjechać na tą górkę. I przejechać przez opony.


No żesz ku...Powstrzymajcie mnie, bo zrobię mu krzywdę.
  • awatar tortilla!: hehehe :D co za chłop ;) chyba nie masz innego wyjścia...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Jak bardzo trzeba mieć zwichrowaną psychę, żeby pomiędzy jednym a drugim aktem miłosnym, rozmawiać na temat techniki jazdy w terenie?

Chyba trafiłam na takiego samego świra.

Życie jest piękne
 

 
Poznałam faceta. Motocyklista. Włóczykij,zdecydowanie większy ode mnie.

Zabrał mnie na tor crossowy i kazał jeździć. Przekonywał, że przejadę. I miał rację. Przejechałam przez pieniek. Przejechałam przez dwie kładki. Strach mija. Oswajam coraz więcej przeszkód.
Przeciągnął mnie przez leśne ścieżki, łąki ...
Dwa razy leżałam w błocie.


Nie wiem czy była to randka, ale jeśli tak to proszę, chciałabym żeby każda randka z nim tak wyglądała


Zmęczona, obolała, szczęśliwa.
 

 
Jak to jest pracować z popieprzonymi ludźmi całą noc? Wali w dekiel



Iza gwara to jest to co krejzolki lubią najbardziej =))
Agnieszka A Wy to już w ogóle normalne nie jesteście
Anna o my krejzolki, a Ty znosz kogoś kto tu normalny był ;
Iza: jo znam
Anna Aga, A Ty to normalna?
Anna: Izo, kogo Ty znosz?
Agnieszka: Tak o włanie o MNIE Iza pisała
Anna: nie, nie!
Anna: Izo, ona mnie się zapytała czy jo Anka. z nią źle już!
Iza: Agnieszka nie chce Cie zamartwiać ale to niestety nie o Tobie mówiłam =))
Iza: daj jej COLA może sie polepszy
Anna: roczej się nie polepszy! ino gorzej bedzie
Anna: izo, Ty wiesz co ta nienormalan robi?
Anna: ino mi tu masę plastyczną ucisko
Iza: WKŁODA coś?
Anna: ano paluchy wkłoda
Anna: ... i wyjmuje
Anna: tak w kółko!
Iza: i ne wstyt jej?
Anna: ano w ogóle!
 

 
Historia Tiramisu jest krótka, bo sięga raptem wstecz do lat 80-tych ubiegłego wieku. . Podobno deser ten został wymyślony przez włoskiego kucharza imieniem Iannaccone, który to w odpowiedni sposób połączył składniki charakterystyczne dla regionu Wenecji Euganejskiej : serka mascarpone, mocnej kawy i wina Marsala. Jak to prawdziwy kucharz, odmierzał składniki, aż uzyskał idealnie wyważony niebiański krem, który stopniowo zyskał sławę na całym świecie.


We Włoszech byłam w latach 90-tych, a więc wieki temu. Tiramisu nie jadłam. Na przepis natknęłam się przypadkowo w bodajże jakiejś gazecie. Wersja oryginalna zakładała wtedy, by za dodatek alkoholu służyło Amaretto, czyli likier migdałowy. Ten nie posmakował zbytnio rodzinie, a że prawdziwi żeglarze piją tylko rum... No cóż. Rum jest dobry na wszystko.


250 g serka mascarpone
3 jajka
podłużne biszkopty
kawa inka lub kakao
2 łyżki cukru
szklanka mocnej świeżo parzonej kawy
rum

Z góry ostrzegam. Nie jest to deser dla kierowców, dzieci i kobiet w ciąży. Dla pierwszych ze względu na obecność alkoholu, dla drugich i trzecich - surowych jajek.

W tygielku zaparzamy kawę. Wlewamy do naczynia i odstawiamy do ostygnięcia.

Żółtka delikatnie oddzielamy od białek. Z tych ubijamy pianę stopniowo dodając łyżkę cukru.

Następnie żółtka ucieramy z łyżką cukru. Łyżka po łyżce dodajemy ser mascarpone. Dla mniej cierpliwych, można dodać wszystko naraz, ale należy wtedy dopilnować by zmiksować masę dokładnie, tak by nie pozostały żadne grudki sera. Do masy serowej stopniowo dodajemy ubite białka i delikatnie, czyli łyżką a nie mikserem, mieszamy aż do połączenia składników.

Gdy kawa ostygnie dajemy chlust rumu. Pod pojęciem chlust, mam na myśli łyżkę stołową. Góra dwie.

Biszkopty krótko maczamy w kawie i wykładamy nimi dno naczynia. Następnie kładziemy warstwę kremu i posypujemy kawą Inką.
I tu mała uwaga. Pierwsze tiramisu, które robiłam były z kakao, póki pewnego dnia po prostu mi go nie zabrakło. Z braku laku użyłam kawy zbożowej Inki i tak już zostało. Sam krem jest lekko mdławy i wydaje mi się, że dość cierpkawy posmak kawy fajnie tu współgra. W każdym bądź razie wasz wybór. Kwestia gustu. A te, jak wiadomo nie podlegają dyskusji.

Czyli mamy pierwszą warstwę. Tak? Tak. To tera w identyczny sposób robimy drugą, Kładziemy namoczone biszkopty, masę kremową i posypujemy. Koniec. Deser gotowy. No może nie do końca, bo jeszcze musi chwilę poleżakować w lodówce. Przynajmniej te 4-5 godzin. Cierpliwość moi drodzy. Cierpliwość to podstawa

Smacznego
 

 
Powoli zaczynam ogarniać brutala. Miasto to dobry plac manewrowy. Hamowanie i ruszenie ze świateł pomaga w oswajaniu ze zmianą biegów i wysokością.
Fakt. Jest inaczej.

Przedwczoraj byłam w warsztacie u znajomych. Przestawili mi klamkę sprzęgła, więc jest trochę lepiej. Umęczyłam Szparaga, żeby się przejechał bo coś mi nie pasuje. I co? Postawił moto na koło. Stwierdził, że wysoki jest dlatego bo przedni zawias jest od ktm'a, a od dr'ki są niższe. Mam nie marudzić i uczyć się jeździć. Tyle

Ale męczyłam, aż obniżyli mi przód na lagach. Tył był tak mocno skręcony, że w końcu objechali śrubę. Jak będą mieć czas to trzeba rozebrać i odkręcić na imadle.
Radzą też, żeby obniżyć kanapę. Się zobaczy.

Śmieję się, że to taki traktor motór. Jest tak głośny, że tylko czekam aż zatrzyma mnie policja i sprawdzi poziom decybeli. Ale co mi tam. Jak byłam mała jeździłam na traktorze i było fajnie.

Dzisiaj nawet przeciskałam się w korku. Trochę tak niepewnie, bo odbijam się jedną nogą. Ogólnie mam manie nietrzymania nóg na podnóżkach, a to bardzo źle. Muszę nad tym popracować.


W sumie, jak tak sobie przypominam. to podobne początki miałam z celiną. Z tą różnicą, że obie stopy stabilnie stały na ziemi.

Aaa ... i zauważyłam fajną rzecz. Nowa postawa wymaga od mnie napinania mięśni tyłka, więc czuję się tak jakbym codziennie miała trening. A może to te wibracje ...

Zrobi się cieplej to zacznę włóczyć się gdzieś dalej. Nie ma co płakać, tylko jeździć i oswajać brutala
  • awatar muffin gotuje: @niewierna_ja: czego się nie zrobi dla zgrabnego tyłka :D
  • awatar niewierna_ja: wiesz... jakby nie patrzeć to facet więc wymaga odrobinkę wysiłku ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Co się działo? Niestety odchorowałam brak celiny. Po 3 dniach od sprzedaży, po 6 latach nagle odnowiła się rwa kulszowa. Leki i tak nie pozwalały mi na prowadzenie pojazdu, więc chyba to był dobry moment na przerwę.
Aczkolwiek kolega, który jest trenerem powiedział mi, że miało to właśnie związek z zaprzestaniem jeżdżenia na motocyklu. Mięśnie głębokie, które stabilizują cała postawę, przestały pracować i nagle zrobiły bunt.


W sobotę, po długim wyczekiwaniu, pojechałam po nowy motocykl. Jest wyższy, wiec w butach crossowych stoję lekko na palcach. Natomiast w trekingach stoję już na czubkach palców. Póki co nie czuję się na nim pewnie.
Mam problem ze zmianą biegów. . Buty crossowe, które zazwyczaj zakładam na dłuższe wyjazdy, nie mieszczą mi się po dźwignie zmiany biegów. Muszę wykonywać jakieś przedziwne wymachy nogą, żeby zmienić bieg. Może to wydawać sie komiczne dla
kierowców z tyłu, ale nie dla mnie. Dodatkowo zmieniając bieg, pochylam się wyginając lewy
nadgarstek, zarazem obciążając go całym ciężarem ciała. Po tych trzech i pół godzinach jazdy miałam dość. Nadgarstek bolał jak cholera.
Nie ma obrotomierza. Nie umiem go jeszcze wyczuć. Tym bardziej, że mam problem ze zmianą biegów, które raz wchodzą raz nie.
Są tez pozytywne rzeczy. Na pewno jest szybki. Bez problemu wymijałam wszystkie tiry i inne
zawalidrogi. Często łapałam się na tym, że jadę 120. Ot tak. Na lekko. Bez żadnego problemu. Ma bak 25 litrów i wiele dziwnych rzeczy, które pewnie docenię za jakiś czas.

Póki co nie umiem się nim tak cieszyć jak kiedyś celiną. Może za jakiś czas.

Oto Brutal. A takie ma imię za ten powykręcany nadgarstek.


  • awatar muffin gotuje: @niewierna_ja:wysoki, muskularny, szorstki, brutalny ... 100% testosteronu ... nie mogło być inaczej. Brutal jak nic :)
  • awatar doll_divine: ej no fajny ten Brutal :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Pojechała do Rybnika. Sprzedałam cząstkę siebie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Najnormalniej w świeci chce mi się ryczeć. Tak jak wtedy, gdy dowiedziałam się, że przytarłam celinie silnik.
Wystawiłam dzisiaj ogłoszenie o sprzedaży. Zgłosiły się trzy osoby. Jeden koleś już ją oglądał. Ma się zastanowić. Dałam mu czas do czwartku. Jakaś dziewczyna z Rybnika napisała z prośbą o rezerwacją. Pięć minut potem zadzwoniła kolejna osoba. Okazało się, że kolega z forum.
W zasadzie celina już jest sprzedana.
Nie jest moja. Cieszyć się nią mogę tylko do soboty, kiedy to prawdopodobnie przyszła motocyklistka z Rybnika, wywiezie ją do siebie.
I to ona będzie ją kochała jak ja i denerwowała się, jeśli coś się zepsuje ... Ale ma męża motocyklistę. Da radę.

I już ryczę...
Łapię doła
  • awatar cookie:): Takie straty są najgorsze. Tyle wspomnień, rajdów, uwarii Was łączyło. Niektórzy mówią, że są to tylko przedmioty ale ich utrata również boli. Jestem z Tobą duchem
  • awatar niewierna_ja: Bidulko :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
A tak a propos kamieni. Ten jakimś trafem - podejrzewam, że podczas któregoś z upadków w Maroku - przejechał ze mną tysiące kilometrów. Ostatnio,dosyć przypadkowo, podczas doczyszczania celiny znalazłam go, gdy tak sobie leżał na stelażu od zegarów.

Dosyć nietypowy sposób przewożenia kamyków
 

 
Był strach. Był ból ramion, bo niepotrzebnie do plecaka schowałam butelkę z wodą. Droga bywała kamienista. Czasami stroma. Czasami tuż przy przepaści.
Kowal jechał tuż przede mną lub za mną. Ale ja jechałam wolno. Każdy ich postój, był dla mnie tylko przystankiem, na którym nawet nie zsiadałam z motocykla. Nie było czasu.
Musiałam zacisnąć zęby i jechać. Wiedziałam, że będzie trudno...
Dopiero przed Tazą, trasa nabrała łagodniejszych zakrętów, więcej prostych, niższych wysokości.
Poczułam się pewniej.
W Tazie poszliśmy na zakupy do tamtejszego supermarketu. Brudni, zakurzeni, w zbrojach, nakolannikach - dosyć odróżnialiśmy się na tle normalnie ubranych ludzi.
Potem obiad w restauracji i dojazd na dziki biwak. Jeden z trudniejszych dni, zbliżał się ku końcowi.
 

 
Jechało się wspaniale. Wczuwasz się w rytm zakrętów i bujasz. Mogłabym tak w nieskończoność. No właśnie ...mogłam. bo w pewnym momencie za mało złożyłam się z zakręcie i ostatnie co pamiętam, to że pomyślałam, że będzie źle.
Kowal, który jechał za mną i widział całą sytuację, obawiał się najgorszego.
Nie wiem jak to zrobiłam, ale ja spadłam z motocykla i uderzyłam prawym bokiem mocno o pobocze. Celina przekoziołkowała nade mną i spadła metr za mną, wcześniej uderzając lampą o drogę. Jakby nic się nie stało, wstałam, otrzepałam ubranie i z politowaniem popatrzyłam na celinę. Wyglądała nie najlepiej. Lampa stłuczona, prawe lusterko pęknięte, owiewki lekko przekrzywione...Mój rescue team- Kowal z Basią - pomógł i wyznaczyliśmy postój kilka km dalej. Tam w ruch poszły trytyki - niezbędnik każdego porządnego motocyklisty. Pospinali opaskami co trzeba i było cacy. Ze mnie zeszła adrenalina i powoli zaczęłam się bać, mimo zapewnień, że nic mi nie jest. Zauważyłam to dopiero, jak znowu zaczęliśmy jechać. Nagle przed każdym zakrętem zaczęłam zwalniać. Przejeżdżałam go z prędkością 10km/h. Wszystko na kwadratowo, zero bujania.
Zauważył to Piotrek. Zjechaliśmy na stację zatankować i zaczął pytać czy się boję. TAK. Chyba dobrze powiedzieć to sobie na głos. Bałam się jak cholera. Bałam się każdego zakrętu, a przede mną było ich setki. I góry. Wysokie góry.
 

 
Dzień trzeci. Ekipa BMW tuż po 8 wyruszyła w podróż. Zanim moja zwlekła się z łóżek ja zdążyłam zrobić sobie krótki spacer w poszukiwaniu jakiegoś sklepu.Miasteczko senne, pusto na uliczkach, otwarta raptem jedna kawiarenka, gdzie powoli zmierzali mieszkańcy płci męskiej. Kobiety zostały w domach. Przy hoteliku meczet, w którym w dość bardzo wczesnych godzinach z taśmy puszczają ichniejsze modlitwy.
W końcu wstała reszta. Śniadanie za 20 drhm - chleb, oliwki, oliwa i serek topiony. Proste, ale sycące. Do tego kawa z mlekiem.Pakowanie, odprawa przy mapie i w drogę.



Droga pięła się w górę. Wjeżdżaliśmy w coraz gęściejszą mgłę. Dopiero potem okazało się, że to chmury. A widoki powalały na kolana ...



  • awatar muffin gotuje: @cookie:): Kirgistan :) już za rok. tam też jest pięknie...
  • awatar mama w opalach: Chyba się zakochałam w tych zdjeciach;) jaki jest kolejny cel podróży?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Ślimak to potoczna nazwa na napęd prędkościomierza. To element, który powoduje, że nawijasz kilometry na licznik. Mój się zepsuł, kiedy wracałam z podlaskiego na początku października, czyli pięć miesięcy temu. Można uznać, że 3 i pół miesiąca non stop jeździłam do pracy, plus jakieś krótkie wypady za miasto. Średnio licząc wyszło 945km, których nie mam na liczniku.
Wczoraj było święto. Zamontowałam ślimaka. Sama.
I nie jest w tym nic trudnego. Mówiąc szczerze, to jest coś o czym nie napisałam. W połowie grudnia, odbyłam dwudniowy kurs mechaniczno-podróżniczy w warsztacie Szparaga.
Naumiałam się zdejmować, łatać i zakładać opony w warunkach polowych. Rozkładałam zaciski hamulcowe. Składałam kosz sprzęgła. Słowem byłam w siódmym niebie
Teraz nie ma ten tego, że nie umiem. Jak jadę do Mileny i chłopaków do warsztatu, to pakuję celinę do środka i biorę się za robotę. Oni co najwyżej pomagają mi dźwigać, odkręcić czy też powiedzą jak i sprawdzą czy dobrze.
Szczerze mówiąc, uwielbiam siedzieć w warsztacie, patrzeć jak rozkładają motocykle i zaglądać jak są zbudowane. Mój dziadek był mechanikiem samochodowym, mój wujek też ... chyba coś po nich odziedziczyłam.


Jako, że moje opony kostki są zjechane prawie na równo, muszę też wymienić je na szosowe, na których zjechałam tylko 3 tyś km. A jakoś musiałam je przewieźć przez pół Warszawy ... Wszyscy się na mnie patrzyli! Łącznie z policją i strażą miejską


To jest zdjęty ślimak. Musiałam wyjąć zużyte elementy, wymyć go w benzynie, włożyć nowe. Napchać kupę smaru i dopiero po zatwierdzeniu, że działa, założyć.


Tadam!!

Z jednej strony się cieszę, bo co raz bliżej do sprzedania celiny i pojechania po nowy. Z drugiej strony, strasznie mi ciężko... bo to celina.I żal będzie mi się z nią rozstawać.

PS. 1/3 nowego motocykla jest już moja. Tylko nadal zastanawiam się która?
  • awatar muffin gotuje: @NieAnonimowa KosmetoHoliczka: nie dziękuję :) A Ty w końcu masz już prawko?
  • awatar NieAnonimowa: Życzę szybkiego pojawienia się 2/3 ... ja zbierałam rok... ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
No i tak! Zdjęcie babeczek - przepis patrz niżej- zrobiło poruszenie wśród oglądaczy, stwierdziłam więc, że przyniosę parę dla znajomych na promocję książki znajomego.

Siedzimy sobie w Harendzie. Sambor opowiada o stanach Azji Środkowej i tu nagle schodzi na tematy kuchenne. Że kuchnia kirgiska taka sobie, że w sumie to bardziej poleca włoską albo francuską.... I ni stąd ni zowąd mówi o mnie. W pierwszej chwili, jakoś nie jarzę ale słucham dalej i czuję jak robię się czerwona. Boziu! Tłum ludzi, a on publicznie, prawie że pokazując palcem, robi mi reklamę, za którą ja jestem gotowa go zabić.
No tak. Wszystko byłoby fajnie, gdyby uprzedziłby mnie o tym. A ja zamiast kilku sztuk, przyniosłabym kilkadziesiąt.

Ale dostałam dosyć krzepiącą dedykację z autografem. I jestem pewna. To, że taki człowiek wierzy w Ciebie, zobowiązuje do tego czego Ci życzy ...
Z resztą nie tylko On.

A książkę polecam. Bo jest świetna
  • awatar muffin gotuje: @barbarella: wyobraź sobie, że planuję za rok wyjazd do Kirgizji i na pewno przywiozę kilka ładnych okazów ;)
  • awatar muffin gotuje: @Nika483: książka to rodzaj reportażu z kilkunastu podróży. dzieleniem się spostrzeżeniami. jest tam wszystko: ludzie, polityka, historia i przyroda :)
  • awatar barbarella: Te babeczki muszą być rewelacyjne :) Obejrzałam fragment filmu z wyprawy - ileż tam było godnych uwagi kamieni;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Kolejna Walentynkowa słodycz. Tym razem będzie prościej. Babeczki są bardzo czekoladowe i wilgotne. Krem z czasem lekko wsiąknie i stężeje, więc możemy go nieco dodać.


krem pomarańczowy, tzw. orange curd

* sok z 3 pomarańczy ( wyszło jakieś 1 i 1/3 szklanki)
* 1/2 szklanki cukru
* skórka otarta z 1,5 pomarańczy
* 2 żółtka
* 1 całe jajko
* 2 czubate łyżeczki mąki
* 100g masła

Sok wlewamy do garnuszka. Dodajemy cukier, skórkę z pomarańczy, mąkę i rozmącone jajka. Stawiamy na małym ogniu i mieszając podgrzewamy. W zasadzie mieszamy non stop, aż masa zacznie gęstnieć, co oznacza, że przy tej czynności spędzimy najbliższe 5 minut. I nawet nie myślcie o tym, aby zwiększyć płomień. Chyba, że zamiast kremu, chcecie otrzymać pomarańczową jajecznicę, wtedy nie hamujcie swojej ciekawości. Ale zapewniam, że otrzymana breja nie zachwyci waszych kubków smakowych.
Masa zgęstniała - czyli jest prawie gotowa. Brawo! Teraz już tylko wrzucamy pokrojone w kawałki masło i co robimy? Mieszamy. Krem odstawiamy w chłodne miejsce do całkowitego przestygnięcia.


babeczki czekoladowe

* 2 tabliczki gorzkiej czekolady
* 1/2 szklanki maki
* 100g masła
* 3 jajka
* 1,2 szklanki jogurtu naturalnego
* szklanka mąki
* skórka otarta z 1,5 pomarańczy
* cukier puder do posypania


Składniki powinny zostać wyjęte przynajmniej 2-3 godziny wcześniej, aby nabrały temperatury pokojowej. Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180 stopni.
Czekoladę roztapiamy w kąpiel wodnej - czyli mały garnek z wodą stawiamy na najmniejszym płomieniu. Na to kładziemy metalową miskę, a do niej połamaną na kawałki czekoladę. Gotująca się woda, wytwarza parę. Ta podgrzewa naczynie, stojące na garnku i tak czekolada się topi. Gdy już osiągnęliśmy ciekły stan skupienia, zestawiamy miskę, aby masa lekko przestygła.

Masło miksujemy ze stopniowo dodawanym cukrem, do otrzymania białego puchu . Wbijamy po jednym jajku, cały czas ucierając. Masa może zacząć się ważyć, ale zupełnie nie przejmujcie się tym faktem. Tak ma być. Następnie dodajemy mąkę, skórkę pomarańczową i jogurt - za każdym razem, dokładnie mieszając. Na koniec mieszamy z przestygniętą czekoladą.

Foremki na muffiny wypełniamy papilotkami i do każdej nakładamy po pełnej łyżce masy. Wstawiamy do piekarnika na 12-15 minut.
Po upieczeniu zostawiamy do przestygnięcia.

Ostrym nożem odkrawamy górę babeczki, nie grubszą niż 5mm. Małą łyżeczką wydrążamy środek, robiąc miejsce na krem. W wierzchniej części foremką, robimy dziurkę o kształcie serca. Ale równie dobrze może to być gwiazdka, koło, kwadrat... Możliwości macie wiele, wyobraźnię bujną. Działajcie.
Kremem napełniamy środek i kładziemy górę. Całość posypujemy cukrem pudrem. No i co? Takie to trudne?